niedziela, 23 marca 2014

ROZDZIAŁ 3 : „Nikt nie jest dobry przez przypadek.”

Dziewczyna była średniego wzrostu. Nawet w wysokich butach sięgałaby Lokiemu zaledwie do ramion. Delikatny makijaż podkreślał zarówno morski błękit oczu oprawionych długimi, gęstymi rzęsami, jak i naturalną urodę, którą została obdarzona. Pod jedwabną, śnieżnobiałą sukienką sięgająca kolan, kryła się zgrabna sylwetka, jakiej pozazdrościć mogłaby nie jedna modelka. Najbardziej jednak wzrok przykuwały długie loki koloru pszenicy. Spływały luźno na drobne ramiona nieznajomej, poruszane od czasu do czasu delikatnymi powiewami wiatru.
Sprawiała wrażenie kruchej, niemal porcelanowej.
W smukłych rekach trzymała gruby plik papierów, który kurczowo do siebie przyciskała, jakby właśnie od niego zależeć miało czyjeś życie. Kto wie, może były to jakieś tajne dokumenty mogące zaważyć na przyszłości całej ludzkości. A może zwyczajny maszynopis, jaki miała zamiar przedstawić któremuś z wielu, mało znanych wydawnictw na rynku.
Nasz bohater nie rozważał żadnej z powyższych możliwości. Najzwyczajniej w świecie stał oczarowany tą niepozorną istotą, nie mogąc oderwać od niej wzroku. Było w niej coś niezwykłego. Coś, czego Loki nie potrafił nazwać. A jeśli brakowało mu słów - co zdarzało się nad wyraz rzadko - to oznaczało to, że nikt na tym ziemskim padole nie wymyślił jeszcze odpowiedniego, by to opisać.
Niefortunnie postawiona stopa sprawiła, że dziewczyna straciła na moment równowagę wypuszczając z rąk papiery. Te rozsypały się tworząc przed nią biało-czarny dywan słów. Z zakłopotaniem przykucnęła i w pośpiechu poczęła zbierać pojedyncze kartki błagając przy tym, by nie zerwała się wichura.
Laufeyson postawił małą Fenn na ziemi, nie zważając na jej chwilowe protesty, i ruszył z pomocą damie w opresji. Oboje na przemian schylali się i podskakiwali, by złapać kartki porywane przez dokuczliwy wiatr. Trzymając kilka schwytanych w powietrzu stron Loki dostrzegł, że ów tajemniczy dokument, był tak naprawdę sztuką teatralną.
I to nie byle jaką.
"Romeo i Julia" Wiliam Szekspir, przeczytał w myślach wodząc wzrokiem po wyróżnionej czcionce na samej górze.
Kwestie jednej z kobiecych bohaterek – w tym przypadku Julii - zakreślone były żółtym, fluorescencyjnym mazakiem, a na marginesach znajdowały się zapisane w pośpiechu uwagi, których Laufeyson nie był w stanie odczytać.
– Bardzo pana przepraszam! - rzuciła z zakłopotaniem dziewczyna chwytając ostatnie uciekające kartki. - To naprawdę nic takiego, poradzę sobie...
– Ma pani rację, to nic takiego. - Loki z uśmiechem podniósł ostatnią stronę, po czym zwrócił własność prawowitej właścicielce. - Każdemu mogło się przydarzyć.
Ten niewielki przejaw dobroci ze strony kogoś zupełnie obcego sprawił, że twarz dziewczyny wypogodziła się. Wydawać by się mogło, że nie przywykła do podobnych gestów ze strony innych ludzi. Ale czy można było się jej dziwić? W dzisiejszym świecie brakowało miejsca na ludzkie odruchy czy choćby empatię. Człowiek widząc drugiego człowieka w potrzebie nie udzielał mu pomocy. Bo i po co, skoro może to zrobić ktoś inny? Taki oto ktoś, w najlepszym wypadku wstawiał post na jednym z portali społecznościowych, karcąc powielany przez siebie schemat znieczulicy społecznej.   
– Dziękuję, panie…? 
– Laufeyson. – odparł Loki.
To nazwisko wydawało jej się strasznie znajome. Tak znajome, jak znajoma wydaje się być przeczytana w przeszłości ulubiona książka.
 – Pan pisze recenzje dla The JotunTime, prawda…? – spytała z dozą niepewności w głosie, jak gdyby bała się, iż powiedziała właśnie coś niewłaściwego.
– Tak, zgadza się. – Przytaknął Laufeyson spoglądając na chwilę na trójkę swych podopiecznych. Stały cichutko uczepione jego prawej nogi i wpatrywały się w nieznajomą nie kryjąc swojego niewinnego, dziecięcego zaciekawienia. – A pani musi być aktorką, jeśli się nie mylę? - zagadnął po chwili przenosząc swoją uwagę z powrotem na rozmówczynię.
– Cóż, właściwie to moja praca ogranicza się raczej do pomagania za kulisami – z zakłopotaniem spuściła na moment wzrok - niż grania na scenie.
– To z przykrością muszę stwierdzić, że dyrektor teatru nie potrafi dostrzec gwiazdy, jaką podarował mu los. – Słowa te nieco speszyły dziewczynę, ale po chwili uśmiechnęła się i wyciągnęła do niego rękę.
– Synthia. Synthia Moore.
– Miło mi panią poznać – Loki odwzajemnił gest – Pani Moore.
Ten wysoki, niezwykle przystojny, czarnowłosy mężczyzna wydawał się być nierealny. Zupełnie jak sny, które nawiedzały Synthię. Wychodziła ona z założenia, że przeważająca cześć przedstawicieli płci przeciwnej była taka sama; niechlujna, leniwa, zapatrzona w siebie i uważająca kobiety za istoty stworzone jedynie do wychowania dzieci, oraz spędzenia reszty życia w kuchennym zaciszu. Moore nie potrafiła zrozumieć takiej postawy. Kobiety owszem, od niepamiętnych czasów  zajmowały się domowym ogniskiem, ale czasy, kiedy ich rola ograniczała się tylko do tego jednego, konkretnego zadania, dawno minęły. Nowoczesne kobiety, takie jak Synthia, chciały sięgać gwiazd. Bo przecież jedyną przeszkodą na drodze do spełnienia marzeń, był sam człowiek i jego wyobraźnia.
A niekiedy również, kontrolujący każdy aspekt życia, chłopak.
Jednak, mimo wszystko, musiała przyznać, że szmaragdowe oczy spoglądały na nią z zachwytem, jakiego nigdy wcześniej nie widziała. Właściwie dziwiła się, że jeden z czołowych recenzentów, gazety klasującej się na drugim miejscu w rankingu popularności w całej Anglii, postanowił się zatrzymać i pomóc właśnie jej.
Nic nieznaczącej dziewczynie.
Może Lokiemu nie powodziło się aż tak dobrze w sferze majątkowej, ale nie miał powodu aby narzekać. Samo nazwisko Laufeyson – które udało mu się wysławić - było dobrze znane i poważane wśród większości Brytyjczyków. Chociaż bywali i tacy, którzy rzucali kąśliwe uwagi na jego temat i krytykowali każdy napisany przezeń tekst. Niezależnie od tego, czy był dobry, czy kiepski.
Ale nie chodziło mu o sławę, czy zasługi.
Znani czy nie znani, wszyscy byli tylko ludźmi.
- Oh, przepraszam! – Synthia skarciła się w duchu, że nie zwróciła wcześniej uwagi na dzieci, które skrzętnie próbowały skryć się za Lokim. Dwóch podobnych do siebie, brązowowłosych chłopców stało po obu jego stronach spoglądając niepewnie w jej stronę. Wyglądali na znacznie starszych niż zapewne byli, stwierdziła Moore przenosząc wzrok na dziewczynkę. W lewej rączce trzymała pluszowego jednorożca z niebieską łatką na grzbiecie. Miała śliczne czarne włosy i rumianą twarzyczkę. A wielkie, niebieskie oczka, wpatrujące się uparcie w Synthię, całkiem ją urzekły. Z całej trójki ona jedyna była łudząco podobna do swojego ojca.
Moore przykucnęła poprawiając sukienkę.
– Jak się macie? – spytała z czułością w głosie.
Uwielbiała dzieci i to było widać.
– Ci dwaj tutaj to Jor i Sel. – Laufeyson popchnął ich lekko do przodu, dając im do zrozumienia, że wypadałoby się przywitać. – A to jest Fenn. – Dodał wskazując na dziewczynkę, która na dźwięk swojego imienia zacisnęła prawą rączkę na materiale jego nogawki. Po chwili zdecydowała się zrobić niewielki krok do przodu, by móc lepiej przyjrzeć się nieznajomej. Od razu spodobała jej się biała sukienka Synthii, w której ta wyglądała jak królewna z bajki, o której ostatnio czytał jej do snu Loki.
 Dziewczynka zastanawiała się, czy tak właśnie mogłaby wyglądać jej mama. Od zawsze zazdrościła koleżankom, które miały mamy. Te przychodziły na ich występy baletowe, czesały je, całowały na dobranoc, i po prostu były. Bardzo kochała swojego nieporadnego tatę, ale ten nie był w stanie zastąpić jej matki, której tak bardzo potrzebowała.
– Wyglądacie jak aniołki! – powiedziała entuzjastycznie Synthia. – Wasza mama musi być najszczęśliwszą mamą na świecie, prawda?
Cała trójka momentalnie posmutniała.
Dzieci rzadko o niej rozmawiały. Nie potrafiły zrozumieć, dlaczego mama je zostawiła, ale miały do niej ogromny żal. Z wyjątkiem małej Fenn, która wierzyła, że mama kiedyś wróci i zamiast tłumaczyć się, po prostu ich wszystkich przytuli. Sam Loki niechętnie poruszał ten temat, jednak zawsze zapewniał swoje małe podlotki, że mama ich kocha i cały czas o nich myśli.
– Zostawiła nas jak byliśmy bardzo mali... – Fenn przytuliła do siebie różowego jednorożca. – Nie wiemy nawet jak wygląda…
– Ja przepraszam, nie chciałam…
Dziewczynka nie był zła. Po chwili jej twarz wypogodziła się, jak gdyby nigdy nic.
– Nie szkodzi! – uśmiechnęła się szeroko i podbiegła do Moore chwytając ją za rąbek sukienki. Przez ułamek sekundy obmyśliła plan, który postanowiła wcielić w życie. – A może pójdzie z nami pani na lody?! – rzuciła niezwykle radośnie.
Synthia nie wiedziała co odpowiedzieć. Nie wypadało, żeby całkiem obca osoba, od tak sobie przyłączała się do czyjegoś rodzinnego spaceru. To było co najmniej… dziwne. Po za tym miała dużo pracy w teatrze. A ostatnimi czasy nie układało jej się za dobrze z pozostałymi aktorami. Twierdzili, przysięgając przed dyrektorem teatru na groby swych prababek, że pojawiła się wśród nich przez czyjąś straszną omyłkę.
Jednym słowem całkiem życzliwi, jak na aktorów.
– Ja... Nie wiem… Naprawdę mam dużo rzeczy do zrobienia i…
– Chyba porcja lodów i mała kawa pani nie zbawią?  

***
Kawiarnia L'Absinthe Café znajdowała się na rogu Long Lane i Church Avenue. Była niewielka. Ściany koloru ciemnego ecru ozdobione były oprawionymi w pozłacane ramy reprodukcjami obrazów Claude’a Moneta. Mahoniową ladę, zgodnie z zamysłem projektanta, ukraszono kwiatowymi ornamentami współgrającymi z pozostałymi dodatkami w postaci dwóch dużych luster zawieszonych po przeciwległej stronie, które miały optycznie powiększyć wnętrze, oraz wazonami wykonanymi w technice decoupage. W pomieszczeniu znajdowały się cztery mahoniowe stoliki nakryte ręcznie haftowanymi serwetkami,  a w jeden z kątów wciśnięto starą szafę grającą. Za szklaną szybą wystawową, obok kasy, ustawione były muffinki, ciasta, ciasteczka i rozmaite desery. Całości dopełniał roznoszący się w powietrzu zapach świeżych wypieków, który tworzył iście domową atmosferę.
Dzieci niemal od razu oblężyły wystawę zastanawiając się co wybrać. Loki tymczasem zamówił dwie kawy i ciasto, które po namowie wybrała Synthia.
– Same z nimi problemy, nigdy nie potrafią się zdecydować. – mruknął żartobliwym tonem spoglądając na swoje pociechy. Te, po dłuższym namyśle stwierdziły zgodnie, że najlepszym wyborem będą astronomicznie drogie desery lodowe z polewą czekoladową i posypką w postaci pokruszonych migdałów.
Cała piątka zajęła stolik ustawiony pod oknem, z widokiem na pobliską drogę. Ruch był niewielki, zupełnie jakby znajdowali się na przedmieściach, a nie w ruchliwym centrum Londynu. Moore, pomimo nierealności sytuacji, w której się znalazła, od dawna nie czuła się tak szczęśliwa. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz na jej twarzy pojawił się szczery uśmiech.
Kiedy Fenn, Jor i Sel oczekując niecierpliwie na swoje desery, zdecydowali się zbadać szafę grającą, którą nazwali artystycznie świecącym pudłem, schludnie ubrany kelner o przylizanych włosach – typowy francuz -  przyniósł zamówioną kawę i szarlotkę. Mimo braku gości, jego twarz wyrażała nieopisane zmęczenie.
Postawił ostrożnie ciasto na ozdobnym talerzyku przed Moore, oraz dwie porcelanowe filiżanki z motywem kwiatowym na podstawkach, dbając o to by nic się z nich nie wylało. 
– Przepraszam za kłopot. – powiedziała w końcu Synthia.
– Kłopot? To żaden kłopot. – Loki upił łyk gorącej, aromatycznej kawy. Była dokładnie taka, jaką lubił. – Właściwie, to ja powinienem przeprosić, bo wygląda na to, że z premedytacją odciągnąłem panią od pracy. Niedobry ja.
– Nie, ja naprawdę doceniam pański gest, panie Lau...
– Proszę, mów mi po prostu Loki.
– … Loki. – powtórzyła cicho jego imię. –  Po prostu czuję się trochę… niezręcznie.
– Nie potrzebnie. – odparł Laufeyson odstawiając filiżankę na podstawek. –  Nie jestem żadną znaną osobistością. Ot takim sobie człowiekiem z trójką dzieci na głowie, nic ponad to. Wszyscy przecież jesteśmy tylko ludźmi, bez względu na zajmowane stanowisko, czy pozycję społeczną. – Uśmiechnął się. – To, że zatrzymałem się, żeby pani pomóc może oznaczać jedno…
Synthia zatrzymała w powietrzu widelczyk z natkniętym nań kawałkiem szarlotki.
– … Nemo est casu bonus. – dokończył. – Nikt nie jest dobry przez przypadek.
– Seneka?
– Zgadza się –  Loki był coraz bardziej zafascynowany tą niezwykłą dziewczyną. –  Studiowała pani na Oksfordzie?
– Na początku chciałam się tam koniecznie dostać, choć nawet nie jestem teraz w stanie powiedzieć czemu. Może dlatego, bo wszyscy chcieli tam studiować? – Moore obróciła delikatną porcelanę w dłoniach, czując przyjemne ciepło. – Aplikowałam jeszcze do kilku uczelni, ale potem stanęłam przed trudnym wyborem. Stwierdziłam jednak, że lepiej będzie jeśli będę  studiowała, to co kocham, dlatego wybrałam aktorstwo na Trinity College.
  – Aktorstwo to ciężki kawałek chleba. - przyznał - Zanim musiałem zacząć myśleć nie tylko o sobie, ale i dzieciach, studiowałem literaturę angielską. Ale nawet tam nie potrafiłem do końca zrezygnować z teatru. Po prostu kiedy jest się na scenie, można zapomnieć o wszystkich problemach.
– I stać się kimś innym… – dodała Synthia wpatrując się w napoczęte przez siebie ciasto. To była najlepsza szarlotka jaką dotąd jadła. Mimo to straciła nagle apetyt.
Do stolika ponownie podszedł kelner. Tym razem jednak z deserami, jakich zażyczyły sobie wybredne latorośle Laufeysona. Wysokie kryształowe pucharki wypełnione były po same brzegi, a polewy i posypki – według opiekuńczego ojca, dbającego o uzębienie swych dzieci – stanowczo za dużo.
Fenn słysząc ciche pobrzękiwanie srebrnych łyżeczek, natychmiast porzuciła szafę grającą, w której Jor zdążył już popsuć jeden z guzików. Zajęła miejsce obok Synthii, co Lokiego trochę zdziwiło, i zaczęła powolutku jeść. Bracia dołączyli do nich po dłuższej chwili, kiedy udało im się wcisnąć okrągły kawałek plastiku na swoje miejsce.
– Możemy tutaj przychodzić codziennie tatusiu! – rzuciła radośnie Fenn wycierając rączką, brudną od polewy czekoladowej buzię. Pomysł ten zdecydowanie Laufeysonowi do gustu nie przypadł. Szczególnie, że koszt tego wypadu przerósł znacznie jego oczekiwania. Omal nie wypluł kawy wprost na kelnera, kiedy dostał do rąk niewielki paragon, na którym widniało pół jego tygodniowej pensji.
To pewnie dlatego było tu tak pusto, pomyślał po fakcie.
Lecz fakty z reguły mają to do siebie, że się już nie odfakcą

***
 Po wyjściu z nieszczęsnej kawiarni, którą Loki dopisał do czarnej listy miejsc stanowiących zagrożenie dla portfela przeciętnego człowieka, ruszyli w stronę parku. Słońce dopiero chowało się za horyzontem, sprawiając, że niebo z czystego błękitu przechodziło w żywą pomarańcz. Wyglądało jakby pochłaniał je płomień. Drzewa wokół szumiały cicho, grając muzykę dyrygowaną przez wiatr. Zaś droga wyłożona żwirem chrzęściła pod ich butami.
Jor i Sel biegali wesoło wokół grubych pni pobliskich dębów, udając superbohaterów ratujących świat przed liściastymi potworami. Fenn nie chciała się z nimi bawić. Trzymała się blisko Synthii, co wprawiało ją w lekkie zakłopotanie.
Moore od zawsze miała dobry kontakt z dziećmi. Podczas studiów zdarzało jej się pracować jako opiekunka, a nawet pomoc w przedszkolu. Ale jeszcze nigdy nie zdarzyło się, żeby któreś z dzieci zaakceptowało ją tak od razu. Dla odmiany Jor i Sel zdawali się nie być zadowoleni z takiego obrotu spraw. Zachowywali dystans i bynajmniej nie było w tym nic dziwnego. Przecież nie znali Synthii.
– Co myślisz? – Jor szturchnął brata, kiedy schowali się za jednym z drzew. – Bo jak dla mnie jest jakaś… dziwna.
Sel bez słowa potarł obolałe ramie i wyjrzał zza drzewa.
Synthia rzeczywiście była trochę dziwna. Dziecięce przeczucie podpowiadało mu, że nie powiedziała całej prawdy. A kiedy Sel próbował wmówić Lokiemu, że nie zjadł ciasteczek z puszki na lodówce, ten zawsze dochodził prawdy. Aż w końcu chłopiec nauczył się pewnej bardzo ważnej mądrości życiowej, która mówiła nie kłam. Bo kilka ciasteczek nie było wartych tygodniowej kary na konsolę.  
– Masz rację… – stwierdził Sel spoglądając na brata. – Myślisz, że powinniśmy powiedzieć o tym tacie? 
– Głupi jesteś!? – Jor puknął go lekko w głowę. – Myślisz, że nam uwierzy? Pomyśl chociaż przez chwilę jak superbohater!
Bracia stali tak za drzewem jak przystało na bohaterów z prawdziwego zdarzenia,  próbując wymyślić skuteczny plan. Nic konkretnego jednak nie przychodziło im do głów. Koniec końców stwierdzili, że nie potrafią się skupić z powodu burczących żołądków, dlatego postanowili skapitulować i opuścili swoją kryjówkę.
Loki i Synthia tymczasem dyskutowali w najlepsze. Tematów im nie brakowało. Rozprawiali o sztukach Szekspira, ostatnich spektaklach teatralnych, czy nowościach wydawniczych. Może nie każdemu ta wymiana zdań wydawałaby się interesująca. Ale widać było, że ta dwójka pochodziła z tych samych światów. Mimo, iż dzieliła ich różnica kilku lat i doświadczali w swoim życiu różnych problemów, rozmawiali tak lekko, jakby znali się od zawsze.
Z małej kieszonki sukienki Synthii wydobył się cichy dźwięk pianina. Był to utwór Erika Satie Gymnopédie. Dźwięki roznosiły się wśród drzew tworząc akompaniament dla pobliskich ptaków. Moore spojrzała przepraszająco na Lokiego wyciągając telefon z klapką. Na wyświetlaczu widniało imię, którego przez cały ten czas się obawiała.
Odeszła na stronę i biorąc głęboki oddech odebrała.
– Sig, gdzie ty się podziewasz!? – słuchawce rozbrzmiał oburzony, kobiecy głos. – Czy ty zdajesz sobie sprawę, że wszyscy tu na ciebie czekamy? Evans powiedział, że jeśli nie zjawisz się w ciągu dwudziestu minut, to znajdzie kogoś innego do roli Julii.
– Nie znajdzie, do występu zostały dwa dni. – odparła spokojnie Moore. – Jeśli możesz to daj mu coś na uspokojenie i powiedz, że będę za góra piętnaście minut.
– Rozumiem Sig, że ostatnio masz nie najlepsze relacje z kilkoma osobami, ale nie powinnaś tak traktować kogoś, kto dał ci szansę. Evans przecież obiecał, że po skończeniu tej sztuki skieruje cię do innego teatru.
Dziewczyna westchnęła.
– Wiem, przepraszam Kate.
– Nie przepraszaj słońce, tylko bierz swój zadek i przychodź, bo bez ciebie ciężko im zabrać się do roboty. Tylko ty potrafisz ogarnąć ten cały bałagan. – głos po drugie stronie rozpogodził się.
Synthia wcisnęła czerwoną słuchawkę i schowała telefon z powrotem do kieszonki. Kate miała rację. Nie powinna była stawiać Evansa w takiej sytuacji, bo przecież to nie on ją szykanował. Ale kiedy człowiek tłumi w sobie złość,  ta po prostu narasta, sprawiając, że ma się ochotę wykrzyczeć całemu światu psalm nienawiści. Moore starała się chować cały ten gniew i smutek, za kurtyną z uśmiechu. Lecz przychodziło jej to z coraz większym trudem, a próby i gra aktorska z przyjemności stały się torturą.
Podbiegła do Lokiego i wyjaśniła, iż dostała bardzo ważny telefon z teatru, i że potrzebują jej od zaraz. Było jej naprawdę przykro, bo nie chciała w taki sposób zakończyć tego miłego spotkania. Podała Laufeysonowi swój numer telefonu i zapewniła, że zadzwoni, kiedy tylko będzie mogła.
 Lecz Laufeyson, spoglądając na odchodzącą Synthię, miał przeczucie, że nie prędko znów się spotkają. Kiedy zniknęła za bramą, śpiesząc na autobus, dostrzegł na ziemi złoty naszyjnik ze szmaragdowym serduszkiem. Schylił się i podniósł go, uważając, żeby kamyk nie osunął się z zerwanego łańcuszka.
Tak oto spotkał książę swego Kopciuszka na balu, lecz gdy wybiła północ, dziewczyna bez słowa wysunęła się z jego rąk i uciekła w pośpiechu, gubiąc na schodach kryształowy pantofelek.
Jedyny dowód na to, że ich spotkanie nie było snem...


***
Przyznaję się bez bicia,że rozdział trochę spóźniony, ale jak mówi pewne znane wszystkim przysłowie : lepiej późno niż wcale. Uparcie siedziałam do trzeciej nad ranem skrobiąc ostatnie słowa, bo wcześniej zachciało mi się obejrzeć drugą część Hobbita. Przy okazji odkryłam w sobie ukryty talent do tłumaczenia mowy orków *błogosławiona bądź angielska transkrypcjo!*, bo czego to się nie robi dla rodziców? A kiedy skończyły się napisy końcowe, byłam zrozpaczona brakiem dalszej części. Jak, ja się pytam, jak można kończyć w tak dramatycznym momencie!? Smaug leci na miasto, tragizm sytuacji narasta, widz gapi się w napięciu na ekran, a tu nagle, ni z tego, ni z owego czarny ekran. Jedno jest pewne, założę sobie specjalną skarbonkę i na ostatnią część dreptam prosto do kina.

PS. Wybiera się ktoś w najbliższym czasie na Kapitana Amerykę?

sobota, 15 marca 2014

Notka informacyjna + nominacje.

Dziękuję wszystkim za miłe komentarze i chciałam was bardzo przeprosić, że na żaden nie odpisałam! Oczywiście jestem tak za pan brat z blogspotem, że nie zauważyłam nawet, że ustawiło mi się coś dziwnego i komentarze wymagały opublikowania *brawa za spostrzegawczość dla mnie*... Jednak od zaraz zabieram się za nadrabianie zaległości powstałych z mojej winy, i mam nadzieję, że wybaczycie mi to "małe" niedopatrzenoe *dalej czuje nieopisaną złośc na samą siebie*... Jeśli chodzi o kolejny rozdział, to postaram się, żeby pojawił się najpóźniej do piątku (albo i wcześniej, jeśli tylko czas mi na to pozwoli!)

Tak więc chcąc odpokutować swoje winy, odpowiem na zaległe nominacje :)

Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę” Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań.


Od Monique:

1.Twoje motto życiowe?
"Co cię nie zabije, to cię wzmocni".
2.Skąd czerpiesz natchnienie?
Najczęściej z piosenek, teledysków i książek.
3.W Twoim domu wybucha pożar. Możesz zabrać jedną rzecz. Co to będzie?
"Księgę wszystkich dokonań Sherlocka Holmesa"
4. Największe marzenie?
Wyjechać do Japonii.
5.Czy wierzysz w to, że może się spełnić?
Raczej tak *jak zacznę wrzucać pieniążki do skarbonki, zamiast je z tamtąd wyciągać*
6. Jak zaczęła się Twoja przygoda z pisaniem?
Jakieś 5-6 lat temu kiedy napisałam z kuzynką opowiadanie na komunikatorze :)
7. Ulubiona książka.
Wiedźmin i seria Dragon Age.
8. Czy oprócz pisania masz jeszcze jakieś pasje?
Rysowanie (chociaż czasami brakuje mi zapału) i nauka japońskiego.
9.Loki mityczny,filmowy czy komiksowy?
Ciężki wybór... ale chyba mityczny.
10.Największy idol ?
Tom Hiddleston.
11. Gdybyś miał/-a przenieść się do świata z ulubionej książki, to wybrałbyś/ałabyś...?
Wiedźmina.

I nominacja od L :)

1. Czy kiedy masz zasiąść do pisania czegoś, przygotowujesz się jakoś specjalnie, czy nie są Ci potrzebne żadne szczególne warunki?
Czasami w tle może być słychać wiertarkę sąsiada i nie będzie to miało wpływu na to co chcę napisać (czyt. całkowite odcięcie się od rzeczywistości), a czasami potrzebuję spokoju, nastrojowej muzyki i kubka gorącego kakao :)
2. Co jest dla Ciebie motywacją, natchnieniem?
Motywajcją jest dla mnie to, że na tej zaludnionej planecie znajdują się ludzie, którzy poświęcili swój czas na przeczytanie mojego opowiadania *któremu daleko do ideału*. A natchnieniem soundtracki z ulubionych filmów :) 
3. Jaki był/jest Twój ulubiony szkolny przedmiot? Dlaczego?

Chyba mogę powiedzieć, że angielski. Dlaczego? Bo trafiła się nam dobra nauczycielka *nie, wcale nas nie zastrasza*. A tak na serio, to najzwyczajniej w świecie uwielbiam języki obce :) *wszyściutkie z wyjątkiem niemieckiego*  
4. Wolisz pisać na komputerze czy np. w zeszycie?

Zależy od widzi misie mojego natchnienia. Jednak chyba łatwiej przychodzi mi wstępne pisanie w zeszycie, a potem przenoszenie wszystkiego na komputer. Chociaż bywa i tak, że zaczynam pisać rozdział na telefonie :)
5. Jaka jest Twoja ulubiona pora roku?
Zdecydowanie lato.
6. Czy jest jakaś książka, która przywołuje w Tobie miłe wspomnienia? Jeśli tak to jaka, jeśli nie to jaką dobrą książkę ostatnio czytałeś/aś.
"Kafka nad morzem" Murakamiego :)
7. Co uważasz za swoisty klasyk literatury (niekoniecznie powszechnie postrzegany jako klasyk)?
"Wywiad z wampirem" Anne Rice.
8. Remedium na zły nastrój?
Gorące kakao i dobry film.
9. Zdarzenie z dzieciństwa, które najlepiej wspominasz?
Przeprowadzka z rodzicami z małego mieszkanka na poddaszu do mieszkania w bloku :)
10. Czy wiążesz swoją przyszłość z pisaniem?
Jak nie wyjdzie ze studiami, to mój plan B :)
11. Jaka jest Twoja ulubiona czekolada?
Mleczna.

Pytania:
1. Twój ulubiony cytat.
2. Co zainspirowało cię do napisania opowiadania?
3. Jaką książkę polecasz, i dlaczego?
4. Jakie miejsce chciałabyś/chciałbyś zwiedzić?
5. W jakim gatunku literackim czujesz się najlepiej?
6. Musisz wyjechać na bezludną wyspę. Kogo zabierasz ze sobą, i dlaczego?
7. Który język obcy jest, według ciebie, najtrudniejszy do nauczenia się?
8.  Ulubiony soundtrack z filmu.
9. Jesteś uzależniony/-a od jakiegoś serialu?
10. Gdybyś miał/-a możliwość wydania książki, to jakby się nazywała?
11. Antarktyda czy Dolina Śmierci w Kalifornii?

Nominuję:
http://trzeba-chodzic-w-masce.blogspot.com/
http://embers-in-asgard.blogspot.com/
http://the-rest-is-silence-loki.blogspot.com/
http://the-darkest-side-of-me-loki-laufeyson.blogspot.com/
http://myowndarklife.blogspot.com/
http://glimmer-hunger-games.blogspot.com/
http://sth-inside-me.blogspot.com/
http://o-kims-innym.blogspot.com/
http://look-fanfiction.blogspot.com/
http://venator-hostiaa.blogspot.com/
http://butterfliesinherhair.blogspot.com/